Alainowi umyka więc, że jego żona, marząca o ambitnej roli serialowa aktorka Selena (fantastyczny, autoironiczny występ Juliette Binoche) spotyka się z pewnym pisarzem, którego partnerka także nie wie o zdradzie, bo jest zbyt zajęta ogarnianiem PR–u prowadzącego podwójne życie polityka…
Pierwsze objawy pamięta doskonale. Rozstępy i cellulit po ciąży. Potem - kurze łapki pod oczami i zmarszczki w końcówkach ust. Później - kilka zbędnych kilogramów, lekki drugi podbródek i nie tak jędrna skóra jak kiedyś. - Zaczęłam się starzeć, jak każda z nas, ale wcale nie chciałam tego zaakceptować - zwierza się Anita. - Nie to, żebym biegała po mieście w kusych spódniczkach na ośmiocentymetrowych szpilkach, ale w mojej głowie stale mam trzydzieści lat. Ubieram się w dżinsy, rozjaśniam włosy i używam markowych kosmetyków, żeby młodziej wyglądać. I wciąż się cieszę, jak panowie robotnicy z jakiejś budowy gwiżdżą za mną z uznaniem. Albo pokrzykują: te, lala, chodź do nas! Waldka poznała w kwietniowy wieczór, na siłowni w pewnym poznańskim centrum handlowym. Najpierw pogadali o niczym, czyli o pogodzie, o "długich" ruchach, jakie instruktor każe robić na niektórych przyrządach i kogo co bolało po pierwszych kilku zajęciach. Potem poszli na sok do kafejki przy fitness klubie. A potem poszło już z górki. - Imponowało mi, że on ma tylko 28 lat, a interesuje się kobietą taką, jak ja - wyznaje Anita. - Nie jest to może klasyczne "ciacho", ale jednak umięśniony, wysoki facet o zielonych oczach, który fajnie żartuje, jest wrażliwy i nieźle się ubiera. Ja myślę, że wcale nie chodziło mi o kino, kwiaty i czekoladki, tylko o to, żeby przekonać samą siebie, że mogę się jeszcze podobać. Mąż nie wie o romansie Anity, syn nawet się nie domyśla. - Chcę, żeby tak zostało - deklaruje Anita. - Ja ani myślę rezygnować z domu, rodziny czy mojego poukładanego życia, nie zależy mi też, żeby koleżanki mi zazdrościły młodszego kochanka, sama dla siebie potrzebuję wyrazów akceptacji i uznania dla mojego wyglądu. A jak to się skończy? Nie wiem, zobaczymy. Dorota Kotarska, psychoterapeuta z Łodzi, doskonale rozumie Anitę. - A pani, gdyby miała do wyboru, to chciałaby mieć kochanka 60-letniego czy 30-latka? - pyta mnie retorycznie. - Pewnie, że 30-latka - rozmarzam się delikatnie. - No dobrze - zgadza się Dorota. - A gdyby nawet się pani z nim przespała, to o czym byście potem rozmawiali? Co mu ostatnio powiedziała jego mama, z którą pewnie jeszcze mieszka? Czy o której musi wracać do domu? Dorota ma 53 lata i niejednokrotnie była zaczepiana przez młodszych mężczyzn. - Mieszkałam przez 20 lat we Włoszech, tam mężczyźni mają o wiele mniej oporów przed poderwaniem kobiety - obojętnie w jakim wieku. Ale nigdy się nie zgodziłam na randkę z młodszym. I nie mam zamiaru się godzić. Myślę, że dlatego, że sama mam syna w wieku 25 lat i dla mnie romans z młodziakiem byłby rodzajem kazirodztwa - zamyśla się Dorota Kotarska. - Ale mam koleżanki, które poszły w tym kierunku i znalazły sobie młodszych partnerów - czy to na chwilę, czy na stałe. One jednak mają córki, a nie synów, więc może patrzą na młodych mężczyzn inaczej niż ja. Zdaniem psychoterapeutki, tego typu związki nie mają nic wspólnego ze starzeniem się, tylko z tym, że kobiety dziś mogą sobie pozwolić na o wiele więcej niż 20 lat temu. Poza tym - kto nie lubi patrzeć na ładnego, młodego człowieka? I dlaczego, jeśli ją stać, kobieta nie ma sobie wziąć do łóżka przystojnego trzydziestolatka? A facet może? - Dziś, gdy wszystko jest na sprzedaż, nawet cnoty dziewcząt na aukcji w internecie, młody kochanek także jest towarem - twierdzi Dorota Kotarska. - Towarem, którego koleżanki będą ci zazdrościć. Że ciebie na niego jest stać, a je - nie. Bo to, co mnie podnieca... Ewelina widzi te sprawy inaczej. - Pocztą pantoflową dowiedziałam się, że istnieje w Poznaniu agencja towarzyska dla pań - opowiada Ewelina. - Zadzwoniłam na podaną przez koleżankę komórkę, odebrał pan o miłym głosie i zaproponował mi spotkanie z chłopakiem, lat 24, w hotelu na kolacji. Jeśli mi się spodoba - pójdziemy do pokoju i wtedy zapłacę 300 złotych z usługę. Jeśli nie - uiszczę rachunek za kolację i jesteśmy kwita. Pierwszy amant nie przypadł Ewelinie do gustu. - Inteligentny, choć zapatrzony w siebie, taki emocjonalny gówniarz - wspomina Ewelina. - Mówiący raczej o sobie niż nastawiony na słuchanie tego, co ja bym chciała mu opowiedzieć. Poza tym - średnio przystojny. Ale drugi okazał się w porządku. Spotkałam się z nim cztery razy. Zawsze był ten sam scenariusz - dobra kolacja, drogie wino, potem seks w hotelowym pokoju i pa pa, kochany! Bo Ewelina nie szuka związku, ma męża i dwoje dorastających dzieci. Chodzi jej o seks z młodszym partnerem, o faceta, który ma zamiast brzucha kaloryfer i długie, umięśnione nogi. - Mój mąż jest kochanym człowiekiem - twierdzi Ewelina. - Ale ciało ma już sflaczałe, choć ma dopiero 51 lat. Nigdy nie lubił sportu i nigdy o siebie nie dbał. Pali papierosy, lubi tłusto zjeść i po pracy posiedzieć przed telewizorem. Rozmawiamy ze sobą, ale seks jest tak straszną rutyną, że nie sprawia mi już przyjemności. A to, co mnie jeszcze w życiu podnieca - to fajny, trochę wyuzdany seks. Z chłopakiem z agencji - mam to, jak w banku. Michał w ubiegłym roku sam się zgłosił do internetowej agencji towarzyskiej. W tygodniu pracuje, choć można go wynająć po dziewiętnastej, w weekendy świadczy usługi przez cały dzień. W ogłoszeniu napisał o sobie, że ma 180 centymetrów wzrostu, czarne włosy i 33 lata. Za noc liczy sobie 1000 - 1200 złotych, za godzinę tylko stówkę. - Ale jest tak fajnie, że rzadko kiedy panie decydują się przerwać zabawę po godzinie - śmieje się Michał. - Kim są jego klientki? - Świetnie "zrobionymi" babeczkami po czterdziestce - tłumaczy. - Tu nie chodzi o urodę, nie mam w tym względzie większych wymagań, ale o to, że one są zadbane, pachną dobrymi perfumami i są po liftingu czy botoksie. I rzadko kiedy są głupie. A czego szukają? - Oprócz seksu - ciepła, rozmowy, zainteresowania. I żeby im powiedzieć kilka komplementów. One się wtedy tak ładnie żenują, widać, że od dawna nikt im nie mówił niczego naprawdę miłego - martwi się Michał. - Tu dochodzi także wątek władzy - tłumaczy Dorota Kotarska, psychoterapeuta. - Pani płaci za usługę, pani wymaga. Pani dyktuje warunki, a chłopak musi je spełnić, inaczej nie zarobi. Więc jeśli ona nawet nie najlepiej wygląda, ma nadwagę czy brzydko się starzeje, on nie może się odwrócić i odejść. Jest w pracy. Monika także jest w pracy. Tak w każdym razie myśli jej mąż. Monika pracuje w poznańskim wydawnictwie, często musi ślęczeć nad korektą czy ostatecznym wyglądem książki wieczorami, czasem też w weekendy. Ostatnio pracuje znacznie więcej niż kiedyś, a to dlatego, że praca dostarcza jej alibi. - Krzysztofa poznałam na targach książki - opowiada. - Rozmawialiśmy na tematy branżowe, wcale nie miałam wtedy ochoty na romans. Pogadaliśmy i poszliśmy każde w swoją stronę. Wymieniliśmy wizytówki. Wieczorem on zadzwonił, a ja byłam zażenowana. Mam 42 lata, on - 32. Dziesięć lat różnicy. To dużo. Dbam o siebie, dobrze wyglądam, regularnie uprawiam jogę. Nie czuję się staro, ale z przykrością myślę o upływającym czasie. Że za chwilę będę ryczącą pięćdziesiątką, a nie już tylko czterdziestką. A wokół mnie same młode, ładne twarze. Nie mówiąc o tym, co serwuje nam reklama czy telewizja. Naoglądam się wokół młodych, ładnych ludzi i chcę być taka, jak oni. Dlatego, kiedy w jej życiu pojawił się Krzysztof, ochoczo dała się adorować. No i stało się. Najpierw był spacer. Luźny, bez żadnych podtekstów. Potem - kino, nikt z nich nie spieszył się do łóżka . Potem - piwo na Starym Rynku. - Nie bałam się, że ktoś mnie zobaczy - wspomina Monika. - Mąż też wychodzi na piwo z kolegami i koleżankami z pracy, dlaczego ja nie mogę. Nie jesteśmy typem zazdrośników. Do łóżka poszli po piątej randce. - Krzysztof ma swoje mieszkanie, zresztą bardzo ładnie urządzone - uśmiecha się Monika. - Stylowo i z gustem. Nigdy nie pytałam, ale czuć tam kobiecą rękę. Ile było tych rąk przede mną - nie interesuje mnie za bardzo. Teraz jest problem, bo okazuje się, że Monikę i Krzysztofa łączy już nie tylko seks. - Lubię go i zaczynam się tym martwić. Moim zdaniem taki poważny romans to prawdziwy kłopot - denerwuje się Monika. - Coraz trudniej mi kłamać w domu, coraz bardziej nudzi mnie mąż, ostatnio to już nawet na to, jak nabiera zupę na łyżkę nie mogę patrzeć. Miłość jak czekolada - Kryzys u kobiet zaczyna się dość wcześnie, bo już około 35. roku życia - wyjaśnia Iwona Jóźwiak, psycholog z Poznania. - One wtedy widzą oznaki starzenia się i szukają na gwałt nowości, czyli tego, czego nie zaznały do tej pory. Podskórnie czują, że zbliża się ostatni moment na fajne przeżycia. Jedna przestanie wtedy tak gorliwie jak dotąd zajmować się domem i pójdzie na studia, inna pokusi się o związek z młodszym partnerem. Zdaniem Iwony - młodość w związku wnosi nowe życie, nową jakość, coś, czego już w starym związku często dawno nie ma. Jest to także próba poradzenia sobie z samotnością. - Często dzieci są już wtedy na tyle samodzielne, że mama nie musi siedzieć w domu przez całe popołudnie i się o nie troszczyć. Same sobie znajdują zajęcie, znikają z kolegami, a kobieta zaczyna się zastanawiać; no tak, w pracy Ameryki już nie odkryję, mąż mnie nudzi, dzieci mniej mnie potrzebują. To może teraz zrobię dla siebie coś, czego dotąd skwapliwie sobie odmawiałam? - mówi Iwona. Zresztą dziś różnica wieku, gdy ona ma 40 lat, a on 29, nie jest aż tak widoczna. Są zabiegi kosmetyczne, diety, świetne kremy i podkłady, taka para nie będzie więc budziła estetycznego oburzenia. Jeśli ona ma 60-tkę na karku, a on 42 - to różnica będzie, niestety, widoczna gołym okiem. Marta może coś o tym powiedzieć. Co prawda ona ma 44 lata, a wygląda na 35, ale on ma dopiero 25 lat. I - jak deklaruje, gładząc ją czule po udzie - uwielbia starsze kobiety. A ponieważ Marty od dawna nikt czule po udzie nie gładził, zdecydowała się na ten romans. - Nic do niego nie czuję, to nie będzie miłość po grób - zapewnia mnie Marta. - Spotykamy się czasem na drinka, a potem idziemy do łóżka. Nie mam z nim wspólnych tematów, nic mnie z nim nie łączy. Żadne przeżycia, żadne wspólne obserwacje. On widzi świat dziecinnie, a mnie nie chce się mu tłumaczyć, jak to wygląda w rzeczywistości. Ale rzuca się na mnie, jak lew na antylopę i to mi odpowiada. No i jeszcze tak czule do mnie mówi. - Wiem, że to nie będzie moja żona - Patryk czule gładzi Martę, tym razem po ręce. - Dzieci z nią nie będę miał, zresztą ja wcale nie chcę mieć dzieci. Ale jest nam świetnie w łóżku, w ogóle, to chętnie bym ją schrupał - przytula się coraz mocniej. A Marta tryumfalnie się uśmiecha. To jest to, co tygrysy lubią najbardziej. Adorację. Marta poszła by na całość tylko wtedy, gdyby czarodziejską różdżką dotknęła ją miłość. Miłość jak gorąca czekolada, gęsta, sycąca, ciemna. Wtedy tak, wtedy Marta pomyślałaby o rozwodzie. Póki co - trafiają jej się czekoladopodobne batony, więc rozwodu nie będzie. - Ale życie i tak jest fajne - cieszy się Marta. - Mam pracę, faceta, drugiego faceta, coś mnie interesuje, coś bawi, nie jest źle. A że jestem po czterdziestce? W średniowieczu miałabym szczęście, gdybym dożyła trzydziestki. Staram się o tym pamiętać.
Po wyeliminowaniu niedoskonałości należy usunąć szablon { {Dopracować}} z tego artykułu. Kleopatra VII Filopator, Kleopatra Wielka ( gr. Κλεοπάτρα Φιλοπάτωρ; ur. 69 rok p.n.e., zm. 12 sierpnia 30 roku p.n.e. w Aleksandrii) – ostatnia królowa hellenistycznego Egiptu, panująca w latach 51–30 p.n.e. Nosiła tytuły
Trzy tygodnie temu zaznaczyłam sobie tę historię jako niezwykle efektywną metodę wypalania sobie dziury w mózgu. Nie sądziłam, że do niej wrócę, ale przypadkiem zerknęłam na to jeszcze raz i… znowu mnie ścięło. “Miałam męża i kochanka, czy zasługuję na karę?” – zapowiadało się dość banalnie, a sensacyjnych zwrotów akcji tyle, że łoch… Ten zacny artykuł pojawił się 12 marca w Daily Mail. Nagłówek – “Miałam męża i kochanka” – wraz z informacją, że rady udziela znana dziennikarka, Bel Mooney nie obiecywała mi wiele, bo zwyczajnie nie wiedziałam kto to jest. Przeczytałam jedną, na więcej nie mam odwagi. Laska leci z grubą ściemą przez tysiąclecia. Nie znam, nie wiem, czy ludzie naprawdę tam piszą, czy to jedna z tych klasycznych rubryczek z “pytaniami do eksperta”, który i odpowiedzi i pytania załatwia we własnym zakresie. Podmiot liryczny dziesięć lat temu wdał się w romans z cudownym mężczyzną, dla którego porzuciła męża. Rodzina i dzieci poszły równym frontem, wszyscy za karę zerwali z nią kontakt. Wytrzymała tak pięć lat, po czym skapitulowała i zdecydowała się wrócić do męża, żeby odzyskać kontakt z dziećmi. Bez kochanka wytrzymała rok – nadal za nim tęskniła i chciała z nim być, ale wiedziała, że on nie zechce być jej kochankiem, a rodzina nie zaakceptuje jej wyboru. Skłamała więc, że rozstała się z mężem i przez cztery kolejne lata szła na kompromis, prowadząc podwójne życie: z ukochanym i z gościem, który jest tak cudowny i nieziemsko wspaniały, że albo: a) zachęcał rodzinę i dzieci do odcięcia się od niej z jasnym ultimatum, że to wszystko będzie obowiązywać dopóty, dopóki do niego nie wróci… b) nie zachęcał ich do niczego, ale odpowiadał mu ten stan rzeczy, c) w ogóle nie zauważył, co się dzieje. Nie powiedziała kochankowi o swojej rodzince z piekła rodem, pozwoliła mu wierzyć, że okłamywała go, bo tak było jej najwygodniej. Dowiedział się, że nadal jest z mężem. Wściekł się, życzył jej śmierci, zablokował jej wszystkie możliwe kontakty do siebie – uznała, że postąpił słusznie. Poczucie winy obudziło się w niej jakoś tak równo z rozstaniem z kochankiem, bo nie wspomina by miała problemy z funkcjonowaniem związane z krzywdą jaką wyrządzała – najpierw mężowi, którego zdradzała zanim odeszła… – potem kochankowi, od którego odeszła, choć nadal go kochała… – i mężowi, do którego wróciła, choć nie kochała… – a na koniec kochankowi, któremu wmawiała, że nie jest z mężem… – i mężowi, który sądził, że do niego wróciła… Dopiero jak straciła kochanka, zaczęła czuć ból nie do zniesienia i zrozumiała, że ma trudności z wybaczeniem sobie tego, co zrobiła. Chciałaby zostać ukarana za swoje niegodziwości, sama siebie nie poznaje i nie może się pogodzić z tym, jak bardzo skrzywdziła człowieka, który na to nie zasługiwał. Nazywa się inteligentną 59-latką. Najpierw miałam męża… potem byłam z innym mężczyzną… i wróciłam do męża… potem miałam męża i kochanka… a na koniec straciłam kochanka, ale zostały mi CUDOWNE dzieci, i rodzina, funta kłaków nie warta. No dobra dobra, zdrady zdradami, ale w TAKIM kontekście stają się problemem trzecioplanowym. Co to za “rodzina”? Co to za “dzieci”, które terroryzują matkę i szantażem wymuszają na niej preferowany przez nie styl życia? No jasne, że zaakceptowanie rozstania rodziców nie jest łatwe. Że bezradne patrzenie na to, jak porzucony znienacka ojciec cierpi, podczas gdy szczęśliwa matka układa sobie życie na nowo (o ile tak to wyglądało). Ale zerwać wszelkie kontakty z matką za karę, że odeszła od ojca i dać jej jasno do zrozumienia, że odzyska te kontakty skoro tylko wróci do ojca? I trwać w tym przez PIĘĆ LAT?! I dotrzymać słowa… Co to są za ludzie w ogóle? Można nie pochwalać, mieć za złe, wyrazić swój żal… ale żeby stawiać ultimatum? Co trzeba mieć we łbie, żeby członkowi rodziny, niby kochanej osobie wybierać partnera i szantażem, terroryzmem właściwie egzekwować swoje żądania? Przecież nic dobrego. Żadną miarą nic dobrego. A ten mąż… co on właściwie robił – opłakiwał jej nieobecność przez pięć lat? Czekał na nią? Próbował odzyskać? Zdecydował się jej wybaczyć, kiedy wróciła? Nic o nim konkretnie nie wspomina, ani że tęsknił, ani że jest wspaniałym mężem, ani że był… – bo ma to gdzieś, czy… nie był? Gdzie poczucie winy związane z tym, że on cierpiał, kiedy odeszła? Gdzie obawa, że może i teraz będzie cierpiał, jeśli się dowie o zdradach? No już bez przesady: nie trzeba człowieka kochać, lubić ani nawet szanować, żeby się liczyć z jego życiem. Ona niespecjalnie liczy się z nim… dzieci kompletnie nie liczą się z nią… jakie są w takim układzie szanse na to, że ten cudowny ojciec dorosłych dzieci liczy się z kimkolwiek poza sobą? Kto te rozwydrzone bachory wychował na socjopatów? Czy ten stan “miałam męża i kochanka” w ogóle zaistniał? Była z mężem, czy tylko stwarzała pozory bycia z mężem? Odpowiedź eksperta też sroce spod ogona nie wypadła. Potężny kaliber. Intryguje ją wspomnienie o pragnieniu kary za to wszystko, bo ludzie nie przepadają za bezkarnymi grzesznikami. Gloryfikuje… tabu – bez których jej zdaniem grozi nam upadek cywilizacji. Skłamałabym twierdząc, że nadążam za drugim akapitem. Odłożyliśmy religię na bok… zwróciliśmy uwagę na to, że ludzie lubią osądzać, choć nie przepadają za narzucanymi ograniczeniami… i że współcześni błądzą, postrzegając osądzanie innych za gorsze od siedmiu grzechów głównych razem wziętych, bo starożytni mieli rację, kiedy tworzyli definicje niecnych postępków. Starożytnych cywilizacji było kilka, a definicje grzechów i niegodziwości miewały całkiem odjechane nawet na tle innych, współczesnych sobie cywilizacji. Ewidentnie NIE odłożyliśmy religii na bok, skoro brniemy w motyw X przykazań i grzechów głównych (które ledwo się łapią na starożytny koncept, bo zaczęły się pojawiać w opracowaniach religijnych w ciągu kilkudziesięciu lat przed upadkiem Cesarstwa Rzymskiego). No ale mniejsza o pierdoły, chodzi przecież o konkretną, głębszą myśl, podkreśloną nieco zbyt zamaszyście w ramach zwiększania mocy oddziaływania tejże. A nie odkładając religii na bok: ktokolwiek twierdzi, że osądzanie innych jest gorsze od siedmiu grzechów głównych… nie myli się aż tak bardzo. Kto osądza jest pyszny, a pycha to najcięższy grzech. Wyciąga też łapę po to, co boskie, bo osądzanie Bóg zarezerwował dla siebie – zatem jest też chciwy i gniewny. Całe podium zgarnięte, a do tego spore szanse złamania czterech przykazań (I, VII, VIII, X) Pisze, że została już ukarana, skoro tapla się w poczuciu winy, które jak najbardziej powinna czuć. Z tym można by się zgodzić, ale w kolejnym zdaniu wyjeżdża armata. Daje jej do zrozumienia, że dzieci i rodzina, zrywając z nią kontakty i żądając powrotu do męża nie zrobiły nic złego, a co za tym idzie nie ma prawa czuć się tym zraniona ani skrzywdzona, bo to taka naturalna kolej rzeczy: ludzie tak postępują, powinna mieć tego świadomość i sama się na to zdecydowała odchodząc. Czyli… w momencie kiedy odeszła od męża, którego (już?, potencjalnie nigdy) nie kochała, żeby związać się z mężczyzną, którego pokochała… postąpiła źle, bo powinna trwać u jego boku do grobowej deski, skoro rodzina i małżonek tak sobie życzą? To pochwała zdrady czy przepisik na samobójstwo? Rozpływa się nad domniemanymi przymiotami jej męża i nie rozumie, jakim cudem znalazła w sobie dość siły na to, by przez cztery lata okłamywać wszystkich dookoła. Czyż to nie jest przypadkiem jedyny dostępny kompromis? Skoro nie mogła od niego po prostu odejść i być z mężczyzną, którego kochała, nie tracąc kontaktu z rodziną i dziećmi, to co miała robić? Cierpieć z tęsknoty za tym, którego kocha? Czy zapomnieć o nim i skupić się na braku miłości do tego, z którym “powinna” spędzić resztę życia? Przecież to też byłoby życie w kłamstwie: udając, że wszystko jest w porządku, że go kocha i jest z nim szczęśliwa też byłaby dwulicowa. Co jej zostało? Kapitulacja i samobójstwo albo kombinowanie i szukanie kompromisów. Przecież ten jej wybór, w tak beznadziejnie absurdalnych okolicznościach niósł ze sobą najniższą dostępną dawkę obłudy na jaką miała szansę. Te rozwydrzone bachory, które nie miały skrupułów, by ją olać i wymuszać od niej powrót do męża, prawdopodobnie odcinając ją też od kontaktu z wnukami zasługiwały na dokładnie to samo, co od nich dostała: czyli na oświadczenie, że ona również nie ma ochoty na żadne kontakty z nimi, skoro nie obchodzą ich jej uczucia. Cudowny ukochany albo nie dbał o to, że nie umie się na to zdobyć, albo uważał się za istotniejszego od jej terroryzującej rodzinki – bo przez pięć lat raczej nie przeoczył, że miała rodzinę, która zerwała z nią kontakt i że cierpi z tego powodu. Jakie warunki takie kompromisy. Chciała mieć kontakt z rodziną, chciała Misiaka… cóż innego mogła wymyślić? Starożytne rozwiązywały takie problemy szybką transformacją z nieszczęśliwej żony w wesołą, niezależną wdówkę, ale rozwój toksykologii znacznie ograniczył kreatywność na tym polu. Dalej mamy już chyba do czynienia z jakąś projekcją, bo udzielająca rady zaczyna pisać gorący romans, który nijak nie wynika z treści pytania. Miałam męża i kochanka i byłam tym stanem ciężko zachwycona to jednak nie to samo, co miałam męża i kochanka, choć bardzo chciałam móc być tylko z jednym z nich. Ekspertka wyraża zrozumienie dla niezwykłej siły namiętności, która przyciągała ją do kochanka i chciwości, która sprawiła, że zapragnęła mieć ich obu. Snuje wizję o ekscytującym napięciu i źródle emocji, jakim było dla naszej bohaterki miotanie się między statecznym i dającym poczucie bezpieczeństwa mężu a dzikim ogniu lędźwi, jaki budził w niej kochanek – a wszystko to w ramach ucieczki przed nieuchronną starością. Miałam męża i kochanka… cóż za wspaniały układ! Może troszkę popłynęłam z tym tłumaczeniem, ale przecież dokładnie o to chodzi: nie zważając na nic piszemy gorący romans. Jaki lęk przed starością? 59 lat to miała w momencie, kiedy sprawa się rypła. Bo “kochanka”, który pierwotnie i docelowo wcale nie miał być kochankiem, tylko jej partnerem życiowym poznała mając lat 49 lub mniej. Już wtedy zaczęła uciekać przed starością? Niespożyte siły witalne tego gościa powinni rozsławiać mistrele… Przecież to nie był żaden gorący romans, tylko 9-letni związek. 10 lat była w gościu zakochana i chciała z nim być, nadal by chciała. To nie brzmi jak żądza adrenalinki tylko chęć zmiany czegoś w życiu i szukanie szczęścia tam, gdzie ono przynajmniej wydaje się być – zamiast czekać, aż się pojawi tam, gdzie go na pewno nie ma. Ooo… a’propos projekcji. Voila! Sama zdradzała – chyba na tej zasadzie, którą chwilę wcześniej opisała – więc wie, jak to jest. Ach, jakże cudownie mi było, kiedy to JA miałam męża i kochanka… A dokładniej: wie jak to było z nią. No a skoro wie, co sama robiła i jak się z tym czuła, to może łaskawie zdjąć z jej barków ciężar bezlitosnych i negatywnych podsumowań, jakimi uraczą naszą bohaterkę czytelnicy. Nie zdejmuje, nakłada jej własny – kompletnie ignorując fakt, że sytuacje nie są analogiczne. Czuj się winna, czuj się grzeszna. Myśl o tym, jak bardzo skrzywdziłaś swojego niewinnego męża i o tym, jak bardzo jesteś nieszczęśliwa w związku z tym, że straciłaś ukochanego. Czy można sobie wybaczyć? Jezus uratował kobietę, która miała zostać ukamienowana mówiąc, że tylko ktoś kto nigdy nie zgrzeszył ma prawo rzucić pierwszy kamień. Potem powiedział jej “Idź i nie grzesz więcej“. Taki morał dla osądzających i osądzonych. Nie mówi “idź i wybacz sobie“. Bo możliwe, że nigdy sobie nie wybaczysz. Aleśmy odłożyli religię na bok, łohohoho. W tym fragmencie Biblii nie chodzi ani o kobietę ani o jej grzechy, ani nawet o osądzanie. To próba doprowadzenia do śmierci Jezusa, który miał ją osądzić – z osądzaniem jej nikt tam nie miał najmniejszego problemu. Jezus mógł ją osądzić, był do tego upoważniony. Zgodnie z prawem mojżeszowym “zasługiwała” na śmierć. Zgodnie z wiedzą faryzeuszy, Jezus był żydowskim prorokiem. Zgodnie z obowiązującym na tych terenach prawem rzymskim tylko rzymskie władze mogły wydawać wyroki śmierci. Chytry plan był taki, że Jezus albo – jako żydowski prorok wyda wyrok zgodny z prawem mojżeszowym, ale sprzeczny z rzymskim, skazując się jednocześnie na śmierć, albo – jako gość, który chce przeżyć, nie wyda wyroku zgodnego z prawem mojżeszowym i straci wyznawców, z których większość była Żydami i przestrzegania prawa mojżeszowego od niego oczekiwała. No i Jezus teoretycznie wydał wyrok zgodny z prawem mojżeszowym – bo w domyśle niby mogli ją ukamienować – ale postawił warunek, przez który faktycznie nie mogli jej ukamienować, w związku z czym formalnie nie skazał jej na śmierć, nie złamał rzymskiego prawa i sam się za to na karę śmierci nie kwalifikował. On jej nie uratował. Śmierć jej nie groziła. Prawo rzymskie nie przewidywało kary śmierci za cudzołóstwo. Gdyby mąż przyłapał ją in flagranti i w szale zazdrości zabił, to może nie groziłaby mu kara za morderstwo, ale realnie to miał prawo do natychmiastowego rozwodu i zatrzymania posagu w ramach rekompensaty za straty moralne. W tamtym momencie ratował tylko siebie, ona jest w tym wszystkim bardzo mało istotna… O ile w ogóle jest winna: przyprowadzili laskę, twierdzą, że cudzołożyła i sugerują, że ją na tym przyłapali, ale nic nie mówią o okolicznościach, tylko żądają wyroku na gębę. Nasuwa się pytanie: sama cudzołożyła? Jak już kto czytał Biblię to wie, że procesy nie polegały na tym, że przybiega banda jakichś lokalnych łebków, stwierdza, że oto mają winnego jakiegoś tam czynu i raczą tekstem klasy “proszę nam autoryzować wymierzenie kary i będziemy spadać“. Morał o fałszywym i pochopnym osądzaniu tam jest, i owszem, ale dotyczy cwaniaczków, którzy nie zadali sobie trudu sprawdzenia, z kim właściwie mają do czynienia i chcą wydawania sądów, bo niby to z nich tacy pobożni Żydzi – ale nie chodzi im o pobożność, sprawiedliwość, respektowanie jakiegokolwiek prawa: chcą finezyjnie pozbyć się ze świątyni gościa, który im bruździ, ale są dla niego za ciency w uszach. Teoretycznie niby przerzuca odpowiedzialność za wymierzenie wyroku na nich – no bo jeśli czują, że są bez grzechu, to mogą rąbać kamulcem – ale to tylko takie gadanie: nie mogą. On nie ma prawa wydawać wyroku śmierci, oni też nie. Jeśli ją zabiją, sami będą podlegać karze, a tłumaczenie, że nie znali rzymskiego prawa nie przejdzie. Tam było tylko jedno życie na szali – Jezusa, a nawet on jakoś szczególnie zagrożony śmiercią w tamtym momencie nie był, bo nie urwał się z choinki, znał rzymskie prawo. Morał, który serwuje ta szurnięta baba jest nie tylko wyjęty prosto z dupy i pozbawiony kontekstu tej konkretnej przypowieści, ale i obdarzony epicką interpretacją, całkowicie sprzeczną z naukami Jezusa, który nie zalecał kiszenia się w poczuciu winy aż człowieka szlag trafi. A jej kochanek też zasługuje na cierpienie, bo był współwinny. Współwinny czego dokładnie? Związku z zamężną kobietą, która odeszła od męża? Związku z kobietą, która – zgodnie z jego wiedzą – nie była w żadnym innym związku? Możesz odpokutować swoje winy jedynie dzięki dobremu życiu z mężem. On nie zasługiwał na to, by go zostawić i okłamywać. Stań się znów kobietą, którą kiedyś pokochał. Tak to już jest moja droga. Z czasem ból osłabnie, a kiedy już będziesz stara, spojrzysz wstecz i będziesz się dziwić, że na własne życzenie zafundowałaś sobie tyle cierpienia – miłość, nie miłość (zrozumiesz, że nie warto było). Czyli… najwyższy czas znaleźć w sobie jeszcze większe, niezmierzone wręcz, bezkresne pokłady obłudy, które próbowała z siebie wycisnąć po pierwszym rozstaniu z kochankiem i niedługo wytrzymała takie życie, wypełnione samym kłamstwem. Pewności, czy ten mąż faktycznie taki cudowny, wspaniały, wyrozumiały i kochający nie ma. A jeśli – to czy ten cudowny, wspaniały, wyrozumiały i kochający facet nie zasługuje na kogoś, kto będzie go kochał? Ona ma się samoudręczać w ramach pokuty, a on ma być nadal okłamywany? W imię czego? Gdyby kobieta faktycznie biadoliła “miałam męża i kochanka… obaj cudowni, z żadnego nie chciałam zrezygnować“, to można by coś kombinować w tym kierunku, ale ona podkreśla, że czuje się źle bez człowieka, którego kocha, że cierpi, bo on doznał krzywdy. Nie sądzę, by doszła do takich refleksji. Ktoś wyhodował te kontrolujące, szantażujące bachory. Gdyby to było jej dzieło, cała banda chodziłaby jak w zegarku pod jej dyktando a jakiekolwiek skrupuły nawet nie przeszłyby jej przez głowę. Raczej zorientuje się, że dla osób, które latami udowadniały, że kompletnie się z nią nie liczą i nie potrzebują jej w swoim życiu inaczej, niż na własnych warunkach oszukała i skrzywdziła człowieka, którego kochała i z którym miała szansę się zestarzeć szczęśliwa, a nie zakłamana i cierpiąca. To jest porada pod publiczkę, kosztem człowieka. Czy ta konkretna kobieta istnieje, czy nie, pewnie znajdzie się co najmniej jedna, która uzna, że to jak o niej. A publiczka jak to publiczka, ślepa i durna. Zapowietrzy się na “kochanka”, kilkunastu wersów nieskomplikowanej historyjki biblijnej nie przeczyta, a pińcet razy w ciągu życia rzuci sobie tym, co niesłusznie uznaje za jej morał.
60K views, 816 likes, 155 loves, 8 comments, 57 shares, Facebook Watch Videos from Delight Stories Polski: Myślę, że mój mąż prowadzi podwójne życie i zamierzam to udowodnić Jestem przekonana, że mój mąż ma rozdwojoną osobowość! | Myślę, że mój mąż prowadzi podwójne życie i zamierzam to udowodnić | By Delight Stories Polski
Niełatwo jest być „tą drugą”. Tą mniej kochaną (jeśli w ogóle), czasem lekceważoną, czasem wręcz zapomnianą kobietą. Taką, o której cicho szepcze się w towarzystwie, rzucając w jej stronę współczujące spojrzenia. Taką, której nigdy w zasadzie nic nie obiecywano, więc nie powinna oczekiwać szczęśliwego zakończenia związku, a jednak… Współczujemy im, bo to nie zawsze był ich wybór. Na przełomie XIX i XX wieku żyły „w piekle”, jak to precyzyjnie sformułował Tadeusz Boy-Żeleński w swoich publicystycznych pracach, społecznych i religijnych norm, które związki pozamałżeńskie kobiet często sprowadzały wręcz do prostytucji, podczas gdy romanse mężczyzn były traktowane bardzo pobłażliwie. Efektem tych kobiecych romansów był nie tylko ostracyzm społeczny, ale też samobójstwa, a w najlepszym razie zmarnowane życie, nie każda bowiem z prezentowanych poniżej kobiet miała w sobie na tyle silnej woli, poczucia własnej wartości i – niestety! – pieniędzy, aby żyć godnie i niezależnie. Były ofiarami swojej epoki, ale także ofiarami miłości, z której nie potrafiły zrezygnować. Rusałka z butelką wina Smutne i tragiczne losy były Marty Foerder, której nazwisko z pewnością nie figuruje w indeksach podręczników szkolnych. Ta urodzona w 1872 roku rodzinie zamożnego żydowskiego kupca kobieta miała nieszczęście spotkać około 1880 roku w rodzinnym domu w Wągrowcu błyskotliwego gimnazjalistę, Stanisława Przybyszewskiego, którego tam skierowano w ramach kary za złe zachowanie. „Stachu” podówczas jeszcze nawet nie myślał o tym, że kiedyś stanie się poczytnym poetą, prekursorem modernizmu i stworzy słynną na całą Europę grupę literacko-towarzyską – pobierał stypendium, a dodatkowo uczył Martę i jej siostrę gry na fortepianie. Początkowo nawiązał romans ze straszą Różą, a Marta była jedynie obserwatorką i przyzwoitką; związek jednak szybko się skończył, gdy „nakryto” młodych na schadzkach. Marta jednak nie zapomniała o przystojnym artyście i gdy los zetknął ich w 1891 roku w Berlinie, gdzie Stanisław wyjechał na studia, pierwsza wprosiła się do mieszkania Przybyszewskiego, wtedy już bywalca salonów, z butelką wina w ręku. Rusałka o pięknych, rudych włosach. Prawda była taka, że Stanisław Przybyszewski jej nie kochał. Litował się nad nią; poza tym jako człowiek próżny był zadowolony, że dziewczyna go adoruje i bezgranicznie wielbi. Przestraszył się dopiero wtedy, gdy okazało się, iż Marta jest w ciąży. Były to czasy dla niego jeszcze niełaskawe, nie osiągnął jeszcze sukcesu i nie miał pieniędzy, więc oboje klepali biedę; tym niemniej narodziny syna trzymane były w ścisłej tajemnicy przed rodziną Przybyszewskiego, która planowała zaaranżować jego małżeństwo, i to na pewno nie z Foerderówną. Zwyczajem berlińskiej bohemy, znikał na całe dnie i noce, i wracał zazwyczaj pijany, a Marta musiała zajmować się dzieckiem i zdobywać pieniądze na jedzenie. Nie było to życie, o jakim marzyła, zwłaszcza że o ślubie Stachu nie chciał słyszeć. Sytuacja materialna polepszyła się nieco, gdy Stanisław dostał pracę jako redaktor „Głosu Robotniczego”. Zamieszkali wtedy razem z jego bratem i żoną w jednym dużym mieszkaniu. Coraz bardziej popularny i rozchwytywany towarzysko Przybyszewski rzadko bywał w domu, nawet gdy urodziło się jego drugie dziecko, córka. I stało się, iż w marcu 1893 roku poznał femme fatale tamtej epoki, Norweżkę Dagny Juel; w sierpniu tego roku ożenił się z nią, nie bacząc na zobowiązania wobec matki swoich dzieci. Trudno powiedzieć, co spowodowało, iż po takim upokorzeniu Marta nie odeszła od Przybyszewskiego – jednym z najbardziej prawdopodobnych hipotez jest to, że nie potrafiła żyć bez niego, kochała go do szaleństwa. Przez kolejne dwa lata pozwalała, żeby Przybyszewski, będąc przecież żonatym człowiekiem, mieszkał na przemian z nią i z Dagny. W 1895 roku obie były w ciąży. Ostatnią rozmowę z Martą Stanisław przeprowadził podobno na początku czerwca 1896 roku – jego konkubina była wtedy w szóstym miesiącu ciąży z ich czwartym dzieckiem. Nie wiadomo dokładnie, o czym rozmawiali. Kilka dni później szwagier i jego żona znaleźli Martę martwą w wannie. Zrozpaczona kobieta otruła się. Stanisław Przybyszewski został początkowo oskarżony o udział w zabójstwie partnerki, ale ponieważ nie było go w czasie tego zdarzenia w Berlinie, nie podstawiono mu zarzutów. Mimo to został uznany za moralnego sprawcę tego czynu i bardzo wielu Polaków, w tym własny brat, odwróciło się od niego. Faktem jest, że po śmierci Marty Przybyszewski nie poczuwał się do obowiązku opieki nad swoimi dziećmi z tego związku – chłopca przygarnęła pani Foerder, a dziewczynki zostały oddane do przytułku. Być może, gdyby Marta wiedziała, co się stanie z jej dziećmi, nie zrobiłaby tego ostatecznego kroku. Może myślała, że jeśli odbierze życie sobie i nienarodzonemu dziecku, Przybyszewski przejrzy na oczy i rzuci Dagny? Niestety, Stachu nie był człowiekiem honoru ani przykładnym ojcem, choć w pamięci rodaków zapisał się jako genialny artysta i charyzmatyczny lider bohemy. Wierna marzycielka Jak ciężko żyć ze słynnym artystą – prozaikiem, poetą, tłumaczem, lekarzem i publicystą – przekonała się Zofia Pareńska, żona Tadeusza Boya-Żeleńskiego, alter ego Zosi z „Wesela” Stanisława Wyspiańskiego. Małżeństwo zostało zaaranżowane, jak to często wtedy bywało, przez matkę Zofii. Młodzi pobrali się w 1904 roku i choć początkowo związek był namiętny, szybko okazało się, że para nie jest zbyt dobrze dobrana. Dziewczyna była marzycielką i romantyczką, młody doktor raczej twardo stąpał po ziemi i miał dość rozrywkową naturę, a już szczególnie czuły był na wdzięki pięknych pań. Żeleńscy mieszkali wtedy w Krakowie, który aż huczał od plotek o romansach młodego lekarza, między innymi ze skandalistką Ireną Krzywicką. Witkacy-Portret_Ireny_Krzywickiej Zofia, upokarzana wiadomościami o kolejnych miłostkach męża, przez jakiś czas spotykała się z Rudolfem Starzewskim (alter ego Dziennikarza z „Wesela”), prawdopodobnie jej młodzieńczej miłości. Znosiła liczne zdrady i nie odeszła od Tadeusza, który traktował ją wtedy na poły jak gospodynię, na poły jak sekretarkę. Nie może zatem dziwić fakt, że kiedy Zofia, lecząca nerwy i inne dolegliwości w Zakopanem, poznała tam w 1918 roku Stanisława Ignacego Witkiewicza – Witkacego, szalonego członka tamtejszej bohemy, nie potrafiła oprzeć się potężnej indywidualności tego ekscentrycznego artysty. Witkacy podobał się kobietom – był „łobuzem”, zupełnie nie przystającym do epoki, aroganckim i pełnym sprzeczności człowiekiem. Zofia straciła dla niego głowę. Od tej pory widywano ich na koktajlach, spotkaniach, wycieczkach, wystawach. Doprowadziła do tego, że Witkacy zamieszkał u Żeleńskich w Krakowie, przy czym Tadeusz, o dziwo, nie protestował, mimo iż podobno za tym zakopiańskim ekscentrykiem nie przepadał. Nie protestował także, gdy żona zdjęła ze ścian obrazy Stanisława Wyspiańskiego, a powiesiła prace kochanka. Jeden obraz Wyspiańskiego został jednak na ścianie w najznakomitszym pokoju – ten, w którym Zosia, już w ciąży, siedzi z rozpuszczonymi włosami, smutna i rozmarzona. Tadeusz ponoć uwielbiał go najbardziej ze wszystkich portretów małżonki. Po przeprowadzce do Warszawy Witkacy coraz rzadziej bywał na salonach u Żeleńskich, ponieważ zaaranżowano jego małżeństwo z Jadwigą Unrug, wnuczką malarza Juliusza Kossaka, ale do końca życia zostali z Zofią przyjaciółmi. Na początku lat trzydziestych, gdy Tadeusz wraz ze swoją wielką miłością, Ireną Krzywicką, zajęty był działalnością publicystyczno-społeczną, zakładaniem klinik dla kobiet i propagowaniem świadomego macierzyństwa, Zofia związała się z wydawcą Wacławem Czarskim, ale nie opuściła męża. Wspierała go nie tylko słowem, ale przede wszystkim pracą sekretarską i edytorską, choć w głębi duszy cierpiała. Była jednak zbyt dumna, aby okazywać te uczucia publicznie. Po wybuchu wojny Żeleńscy postanowili wyjechać z Warszawy z obawy przed aresztowaniem niepokornego pisarza. 4 września 1939 roku, na stacji kolejowej, miało miejsce ich ostatnie spotkanie. Rozdzielili się – on udał się do Lwowa, do jej siostry Maryny i męża, profesora Uniwersytetu Lwowskiego Jana Greka, ona trafiła do Włodzimierza Wołyńskiego, skąd po długich perypetiach powróciła do Warszawy. Irena Krzywicka wspomina, iż w 1940 skontaktowała się z nią, prosząc o pomoc (ukrywała się przed Niemcami), a ta „przygarnęła” ją do swojego mieszkania na ulicę Smolną. Potwierdza to relacje znajomych pani Żeleńskiej, iż była to kobieta o bardzo dobrym charakterze i wielkoduszna Dopiero po kilku latach Zofia dowiedziała się o losie męża – po zajęciu Lwowa Niemcy wśród wielu innych profesorów, doktorów i naukowców aresztowali jej krewnych oraz Tadeusza, po czym nad ranem 4 lipca 1941 roku zamordowali ich na Wzgórzach Wuleckich. Zofia Żeleńska przeżyła wojnę. Zawsze lojalna i wierna, czuwała nad bogatą spuścizną literacką męża. Zmarła w 1956 roku w wieku 70 lat. Piękna Pani z charakterem Nie miała szczęścia w miłości pierwsza żona Józefa Piłsudskiego, Maria Koplewska primo voto Juszkiewicz, mimo iż uchodziła za niezwykłą piękność. Urodziła się prawdopodobnie w 1865 r.; w wieku 16 lat wyszła za mąż i urodziła córkę Wandę, ale małżeństwo unieważniono, więc gdy w lipcu 1892 roku Piłsudski wrócił z zesłania do Wilna, nie miała zobowiązań. Była już wtedy aktywną działaczką Polskiej Partii Socjalistycznej. Nazywano ją Piękną Panią/Damą i podobno Piłsudski rywalizował o jej przychylność między innymi z Romanem Dmowskim. Był tak zakochany, iż dla wybranki zmienił wyznanie z katolickiego na ewangelicko-augsburskie i poślubił ją w dniu 15 lipca 1899 roku. Małżonkowie zamieszkali w Łodzi, ale ze względu na konspiracyjny charakter działalności często zmieniali miejsca pobytu, aby w końcu osiąść w Krakowie. Aleksandra Piłsudska z córkami Wandą i Jadwigą. (Źródło: Kryzys w idealnym na pozór małżeństwie nastąpił po kilku latach, legenda głosi, iż z winy Marii, która lubiła rauty i spotkania towarzyskie, Józef natomiast do dusz towarzystwa nie należał. Nie do końca to była prawda. W maju 1906 roku Piłsudski poznał młodą działaczkę PPS, Aleksandrę Szczerbińską, z którą szybko się związał. Nie opuścił jeszcze wtedy Marii, która bardzo podupadła na zdrowiu, między innymi z powodu traumy po śmierci córki. Przez jakiś czas Maria musiała znosić to podwójne życie męża, który, przy jej kategorycznym sprzeciwie wobec ewentualnego rozwodu, żył to z nią, to z kochanką. W końcu małżonkowie rozstali się, ale nawet po odzyskaniu niepodległości Piłsudski, nie mając rozwodu, nie zamieszkał z Aleksandrą, choć doczekali się dwóch córek i cała Polska wiedziała o ich romansie. Maria Piłsudska zmarła 19 sierpnia 1921 roku na serce; chorowała przedtem długo. Pochowano ją na Cmentarzu na Rossie w Wilnie. Józef Piłsudski nie przyjechał na jej pogrzeb, w zastępstwie wysłał brata, a już w październiku ożenił się z Aleksandrą, na powrót przechodząc na katolicyzm. Jego cyniczna postawa spotkała się z dużą dezaprobatą opinii publicznej. Zazdrość i medycyna Tragicznym w skutkach okazał się natomiast inny związek Józefa Piłsudskiego, o którym niewiele w zasadzie wiadomo, tak jest tajemniczy i niejasny. Przebywając w 1924 roku z żoną i córkami w sanatorium w Druskiennikach, marszałek pewnego wieczoru zasłabł i wezwano do niego lekarkę – zjawiła się doktor Eugenia Lewicka, kierownik parku klimatycznego, propagatorka zdrowego trybu życia i ruchu na świeżym powietrzu. Od tej pory Piłsudski jeździł do Druskiennik już bez rodziny (żonie nie przypadł tamtejszy klimat) i bardzo dużo przebywał w towarzystwie pięknej lekarki. Prawdopodobnie z jej namowy polecił powołanie w Warszawie Urzędu Wychowania Fizycznego i Przysposobienia Wojskowego/Centralnego Instytutu Wychowania Fizycznego, w którym Eugenia została zatrudniona jako pracownik naukowy. Przeniosła się do Warszawy i jej spotkania z Józefem Piłsudskim w wynajętym mieszkaniu na tyłach Belwederu stały się wręcz rytuałem. 15 grudnia 1930 roku wyjechali razem na Maderę, gdzie Eugenię Portugalczycy nazwali „żoną” marszałka. Lewicka wróciła z tej podróży wcześniej niż Piłsudski. Według przekazów, miała zaraz po przybyciu do Warszawy odbyć bardzo zapewne nieprzyjemną rozmowę z Aleksandrą Piłsudską – nie wiadomo, na jaki temat, ale w efekcie po powrocie Piłsudskiego z Madery kontakty marszałka i pani doktor zostały znacząco ograniczone. Józef Piłsudski z Eugenią Lewicką na przechadzce w okolicy Funchalu na Maderze / Źródło: NAC Nic nie zapowiadało tragedii, która nastąpiła kilka miesięcy później. Według znajomych i kolegów z pracy Eugenia nie wyglądała na przygnębioną, snuła plany zawodowe na najbliższe lata, nie okazywała oznak depresji, dlatego szokiem dla wszystkich było, gdy 29 czerwca 1931 roku znaleziono ją nieprzytomną w jej gabinecie w Centralnym Instytucie Wychowania Fizycznego. Mimo natychmiastowej pomocy, nie udało się jej uratować – zmarła tego samego dnia w szpitalu. Przyczyną śmierci było zażycie zbyt dużej dawki środka nasennego. Piłsudski pojawił się na kilka minut na jej pogrzebie, po czym odjechał, zostało jednak wiele znakomitych osobistości, jak ówczesny premier Aleksander Prystor czy słynny Bolesław Wieniawa-Długoszowski. Bardzo uroczysta to była ceremonia, niezupełnie przystająca do pogrzebu skromnej lekarki – prekursorki zdrowego trybu życia. W trójkącie uczuć O niestałości męskiego uczucia boleśnie przekonała się Zofia Chylińska, żona wziętego poety Bolesława Leśmiana. Ta urodzona w 1885 roku w zamożnej rodzinie lekarskiej kobieta była utalentowaną malarką, studiowała w pracowni Wojciecha Gersona, u którego kształcili się tacy artyści jak Leon Wyczółkowski czy Władysław Podkowiński; jako bardzo młoda panienka miała już za sobą pierwszą wystawę. Około 1902 roku wyjechała na studia do Paryża, gdzie wśród tamtejszej bohemy poznała przez ich wspólną kuzynkę, Celinę Sunderland, Bolesława Leśmiana. Uczucie szybko zakwitło i młodzi zamieszkali razem, a następnie w 1905 roku pobrali się w Paryżu. Niewątpliwie stanowili parę pełną przeciwieństw: on – impulsywny choleryk, ona – spokojna i zrównoważona. Małżeństwo wydawało się idealne: najpierw urodziła się jedna córka, potem druga; Bolesław dużo publikował, zyskiwał uznanie, Zofia malowała i wystawiała swoje prace w galeriach, sytuacja finansowa rodziny była całkiem dobra. A jednak… Zofia długo nie dostrzegała, że w życiu jej męża jest druga kobieta, owa wspólna kuzynka, Cecylia (w rzeczywistości ich romans rozpoczął się jeszcze przed poznaniem Chylińskiej przez Bogusława). Może nie chciała tego widzieć, choć widzieli to inni – wszak Cecylia towarzyszyła małżonkom we wspólnych podróżach do Włoch, Szwajcarii i Francji; podczas pierwszej wojny światowej często odwiedzała ich mieszkanie w Warszawie, a później w Łodzi. W małżeństwie Leśmianów zaczęło się źle dziać, tym bardziej gdy poeta za pośrednictwem demonicznej Cecylii poznał lekarkę Teodorę Lebenthal, zwaną Dorą, swoją przyszłą największą miłość i muzę. Stało się to w 1917 roku, podczas wakacji Bolesława w Ilży, rodzinnym majątku Sunderlandów. Zupełnie stracił głowę dla tej pięknej i doskonale wykształconej kobiety, a ona podobno dla niego przeszła na katolicyzm, mając nadzieję na ślub. Romans rozgorzał płomienny, Bolesław słał Dorze erotyczne i namiętne wiersze, ale nie opuścił Zofii – prawdopodobnie nie chciał skandalu, ale też był to dla niego idealny układ – miał i żonę, i kochankę (a raczej kochanki, ponieważ nie przestał romansować z Cecylią), i nie musiał wybierać. Po odzyskaniu niepodległości Leśmianowie wyjechali najpierw do Hrubieszowa, a później do Zamościa, gdzie Bolesław jako urzędnik państwowy objął notariat. Romans poety rozwijał się, rozwijała się też jego kariera. Zofia spełniała się jako żona i matka. Oboje byli jednak bardzo niefrasobliwi i nieprzewidujący, żeby nie powiedzieć: lekkomyślni, jeśli chodzi o sprawy finansowe. Wydawali spore sumy na wyjazdy do sanatoriów w kraju i za granicą, gdyż oboje cierpieli na gruźlicę, podstępną chorobą tamtych czasów. Podobno Zofia wiedziała, że Bolesław ma kolejną kochankę (jako kobieta musiała dostrzec zmianę w zachowaniu męża), ale łudziła się, że nie jest to sprawa poważna. Starsza córka Maria Ludwika wiedziała jednak, co jest grane, i w 1925 roku pokazała matce list od Dory Lebenthal do ojca. Wtedy Zofia wpadła w gniew i zażądała rozwodu. Dramatyczna rodzinna opowieść głosi, iż Bolesław, postawiony pod ścianą, zagroził w samobójstwem. Wobec takiej postawy męża Zofia postanowiła złagodzić stanowisko. Niestety, zamiast docenić wielkoduszność żony, poeta zaczął krążyć między Hrubieszowem a Warszawą, gdzie Dora na salonach przyjmowała ówczesne elity artystyczne; nawet posuwał się do tego, iż grał rolę pana jej domu. Zofia znosiła to upokorzenie, choć wiedziała, że jej małżeństwo de facto nie istnieje. W 1929 roku państwowa inspekcja wykazała ogromny deficyt w kasie notarialnej – okazało się, że zastępca Leśmiana, na którego tenże z bezgraniczną ufnością cedował uprawnienia, sprzeniewierzył bardzo dużą sumę pieniędzy. Leśmianowie musieli zacisnąć pasa, żeby spłacić długi. Podobno Dora postanowiła pomóc ukochanemu i jego rodzinie, sprzedając mieszkanie i majątek w Mławie, ale nie ma na to dowodów. Według rodzinnej legendy Leśmianów było raczej na odwrót: to Zofia dała mężowi rodowy brylant tudzież kolię celem spieniężenia i zapłaty długów, a Bolesław wprawdzie biżuterię sprzedał, ale pieniądze przekazał w całości Dorze, co stało się powodem wyprowadzki Zofii do Łomży. Z powodu ułomności ludzkiej pamięci nie do końca wiadomo, co jest prawdą. Do Warszawy Leśmianowie wrócili w 1935 roku. Mimo różnych przeciwności Zofia pozostała towarzyszką i wsparciem Bolesława Leśmiana do jego śmierci w listopadzie 1937 roku, choć ten nie wyrzekł się swojej muzy Dory i do końca uważał ją za miłość swojego życia. I znowu niesprawdzona legenda głosi, iż Dora nie dopuściła do udziału w kondukcie żałobnym Zofii i jej córek. Nie wiadomo, czy panie pogodziły się; wiadomo natomiast, że gdy ich wspólna kuzynka i dawna kochanka Bolesława Cecylia Sunderland w 1940 roku uciekła z warszawskiego getta, znalazła schronienie w warszawskim mieszkaniu wielkodusznej Zofii. Obie przeżyły wojnę – Cecylia zmarła w 1956 roku w Iłży, Zofia w 1964 na emigracji w Argentynie. Dorze przypadł najbardziej tragiczny los. Po ucieczce z getta trafiła razem z Cecylią do Iłży, a następnie wróciła do Warszawy. Została zatrudniona w szpitalu Św. Ducha, gdzie pracowała do stycznia 1941 roku, kiedy to zaraziła się od pacjentów tyfusem i zmarła, unikając w ten sposób śmierci z rąk Niemców lub wywiezienia do obozu. Wszystkie przedstawione powyżej kobiety zostały w pewnym momencie porzucone lub poniżone przez mężów i kochanków, i musiały spojrzeć prawdzie w oczy: nie były jedynymi miłościami swoich mężczyzn. Trudno powiedzieć, co powodowało, iż mimo wszystko przy nich trwały, lojalne do końca – bezwarunkowe uczucie, obawa przed zmianą statusu materialnego i ostracyzmem społecznym, strach przed samotnością w świecie zdominowanym przez męski punkt widzenia? A może też szczypta złośliwej determinacji, żeby nie dać „tej drugiej” zwyciężyć? Być może wszystko to razem. Nie ulega jednak wątpliwości, że życie tych mężczyzn byłoby zupełnie inne bez ich wsparcia i miłości, a także lojalności i wiary ich wielki talent.
Po dwóch latach żałoby Angelika zaczyna na nowo układać życie. Przyjaźń między nią, a znacznie starszym i bogatszym Ricardo Valtierrem (Sergio Goyri) zamienia się w miłość. Oszalały z miłości do Angeliki, Ricardo rzuca dla niej obecną narzeczoną, Patricię, co tylko podsyca nienawiść starszej kobiety do młodszej. Zakochani Mąż Marty od ponad 8 miesięcy prowadził podwójne życie. Okłamywał swoją żonę i kochankę, Natalię. W momencie, kiedy o wiele młodsza od niego kobieta dowiedziała się prawdy, postanowiła zemścić się na nim w mistrzowski sposób. Zastanawiasz czy zemsta zawsze ma słodki sam? Ta historia jest najlepszą odpowiedzią. Niewierny mężczyzna dostał nauczkę, którą zapamięta do końca boli niewyobrażalnie mocno. Na własnej skórze przekonała się o tym kobieta, którą mąż zostawił z 16-miesięcznym synkiem i odszedł do kochanki. Okazuje się, że Marta, której przed laty przysięgał miłość do grobowej deski, nie była jedyną osobą, którą okłamywał. W ekspresowym tempie na jaw wyszły oszustwa, którymi karmił też swoją nową wybrankę. Kiedy tak poznała prawdę, wiedziała, że nie może przejść obok nich obojętnie i tak po prostu puścić w zapomnienie. Zemsta, którą obmyśliła zupełnie zrujnowała mu życie. Mąż od dłuższego czasu zdradzał swoją żonę Mężczyzna od ponad 8 miesięcy zdradzał swoją żonę z kobietą poznaną w pracy. On był szefem działu, a ona asystentką, która niedawno dołączyła do załogi w ich małej, ale preżnie rozwijającej się korporacji. Jej długie nogi, świdrujące oczy i burza blond włosów sprawiły, że facet zupełnie stracił dla niej głowę. Nic dziwnego. Obok takiego arcydzieła, trudno jest przejść obojętnie. Regularne spotkania, projekty, nad którymi pracowali do późnych godzin wieczornych, lunche i wspólne wyjścia biznesowe dały im do zrozumienia, że nie tylko nadają na tych samych falach, ale też mają wspólne wizje przyszłości. Przy blond piękności zapomniał jednak, że jego przyszłość to żona i dziecko, którzy czekali na niego w domu. Finalnie podjął decyzję, która miała raz na zawsze odmienić jego życie. Mąż postanowił odejść od żony i zostawić 18-miesięcznego polskiego skoczka pokazała się bez ubrań. Ma piękne ciało „Afrodyta”Przez lata więził ją w piwnicy i niewyobrażalnie, a na piętrze wiódł normalne życie. Zdjęcia jej „więzienia” przyprawiają o ciarkiKate Rozz, była żona Piotra Adamczyka zaręczyła się! Pokazała ogromny pierścionekZemsta ma słodki smak?Dość szybko okazało się, że żona nie była jedyną kobietą, którą ten okłamywał. Natalia od koleżanek z pracy dowiedziała się, że facet, z którym planowała spędzić resztę życia… ma malutkie dziecko, o którym nie miała zielonego pojęcia. W jednej chwili zrozumiała, że tym samy zrujnowała życie nie tylko jego żonie, ale również bezbronnemu i niczemu niewinnemu chłopczykowi. Postanowiła zemścić się na nim w mistrzowski odezwała się do Marty i poprosiła ją o spotkanie. Dowody zdrady, które jej zaprezentowała były niepodważalne. Natalia zadeklarowała, zeznawać na sprawie rozwodowej w sądzie, żeby ta dostała dom i samochód. Niewiernego i zakłamanego mężczyznę oczywiście zostawiły na ZDJĘCIA: @drew_haysMąż od dłuższego czasu zdradzał swoją żonę. @heftibaKochanką była koleżanka z pracy. @szilviabassoZapomniał wspomnieć, że ma dziecko. ZOBACZ TEŻ:3-miesięczny chłopiec trafił do szpitala z wysoką gorączką. Placówka odpowie za jego śmierćKatastrofa statku, nie żyje 18 osób, 30 zaginionych, trwają poszukiwania. Smutne wiadomości ze świataCórka tej pary jest niewiarygodnie śliczna. Ludzie uważają, że to najpiękniejsze dziecko na świecieOstatnie dni życia Pawła Królikowskiego. Znajomy zdradził przykrą prawdęSala kinowa skrywa przed nami wiele tajemnic. 6 rzeczy, o których na pewno nie miałeś pojęciaNasze mamy i babcie całe życie źle lepiły pierogi. Jest nowatorski, łatwiejszy i pyszniejszy sposób Porozmawiaj z roślinami. Emocjonalna, intensywna i zarazem refleksyjna proza Marty Orriols pokazuje nam, co tak naprawdę się liczy w życiu. To intymna książka o tym, jak stawić czoła bólowi, napisana z niezwykłą dojrzałością stylistyczną. Paula Cid jest czterdziestodwuletnią nenonatalożką, która prowadzi uporządkowane życie.
FilmA Touch of Scandal19842 godz.{"id":"32560","linkUrl":"/film/Podw%C3%B3jne+%C5%BCycie-1984-32560","alt":"Podwójne życie"} Atrakcyjna Katherine Gilvey ubiega się o stanowisko prokuratora generalnego stanu Kalifornia i ma największe szanse na zwycięstwo. Choć w życiu zawodowym odnosi same... więcejTen film nie ma jeszcze zarysu fabuły. {"tv":"/film/Podw%C3%B3jne+%C5%BCycie-1984-32560/tv","cinema":"/film/Podw%C3%B3jne+%C5%BCycie-1984-32560/showtimes/_cityName_"} {"linkA":"#unkown-link--stayAtHomePage--?ref=promo_stayAtHomeA","linkB":"#unkown-link--stayAtHomePage--?ref=promo_stayAtHomeB"} Atrakcyjna Katherine Gilvey ubiega się o stanowisko prokuratora generalnego stanu Kalifornia i ma największe szanse na zwycięstwo. Choć w życiu zawodowym odnosi same sukcesy, jej stosunki z mężem, Benjaminem nie układają się najlepiej. Przed laty Katherine podjęła się obrony Billy'ego. Młody, przystojny mężczyzna okazał się idealnymAtrakcyjna Katherine Gilvey ubiega się o stanowisko prokuratora generalnego stanu Kalifornia i ma największe szanse na zwycięstwo. Choć w życiu zawodowym odnosi same sukcesy, jej stosunki z mężem, Benjaminem nie układają się najlepiej. Przed laty Katherine podjęła się obrony Billy'ego. Młody, przystojny mężczyzna okazał się idealnym kochankiem dla spragnionej uczucia kobiety. Jednak ich spotkania w motelu przez cały czas ktoś obserwował z ukrycia. Pewnego dnia w windzie swojego domu Katherine znajduje ciało dawnego kochanka. Billy trzyma w dłoni strzep fotografii. Tylko pani polityk wie, że na brakującej części znajdowała się ona sama. Tymczasem nieznany sprawca zaczyna grozić ujawnieniem kompromitującego ją zdjęcia. Również media interesują się morderstwem popełnionym w domu przyszłej pani prokurator. Katherine - zdana wyłącznie na siebie - prowadzi poszukiwania sprawcy... Próbowałem zmienić gatunek na thriller, jednak nasz kochany admin odrzucił kontrybucje i po chamsku zablokował dodawanie/poprawianie gatunku przy filmie...propsy. _=ttfc_fc_tt
Mąż pokazuje swe prawdziwe oblicze – okrutnego i bezwzględnego psychopaty. Zazdrosnego w nieracjonalny sposób człowieka, który traktuje żonę jak swoją własność. Dla otoczenia Edward jest czarującym kochanym mężem; gdy zostają sami, zmienia się w wyrafinowanego sadystę. Po trzynastu latach męczarni Majka decyduje się fot. Adobe Stock Mój mąż przygląda się w milczeniu, jak skrupulatnie składam koszulki, swetry i skarpety… – Chyba się kiedyś skuszę i też z tobą pojadę – odzywa się nagle. – Jak ci się przyglądam, jaka jesteś pełna euforii i oczekiwania, to aż ci zazdroszczę. – Ale przecież ty nie umiesz jeździć na nartach! I zawsze twierdziłeś, że szkoda na to pieniędzy – prostuję się znad torby, do której usiłuję wcisnąć kolejny gruby sweter. – Cholera jasna, nic mi się nie mieści! – Daj, pomogę – Jurek wstaje i podchodzi do wersalki. – Zawsze tego nawpychasz, nawpychasz… W harcerstwie nie byłaś, to nie wiesz, jak pakować. Wywalaj wszystko, chowamy od nowa – ordynuje. – A co do nart, to sama mówiłaś, że na naukę nigdy nie jest za późno. – Dalej tak uważam. Po prostu się dziwię, że tak nagle nabrałeś ochoty – mówię, ale czuję, jak mi się robi gorąco ze strachu… Bo co będzie, jeśli mąż zechce jechać ze mną w góry?… Dotąd to była jedyna rzecz, której nie mogliśmy robić razem. Poza tym świetnie się rozumiemy, oboje kochamy kino, lubimy czytać, uwielbiamy zwierzaki. Ale na narty Jurek nigdy nie dał się namówić, choć tyle raz prosiłam. Raz tylko zgodził się pojechać ze mną w góry. Ja zjeżdżałam, a on spacerował i mówił, że do nart go w ogóle nie ciągnie. Muszę jednak przyznać, że nigdy nie oponował, gdy ja chciałam jechać. Nie zabraniał mi, nie krzywił się. Wkrótce stało się tradycją, że zimowy urlop spędzamy osobno. Ja na stoku, Jurek kilkaset kilometrów ode mnie, zwykle po prostu w mieście. Zimowy ukochany Tylko my zjawiliśmy się tam bez rodziny. Kochany jest. A ja go zdradziłam. Nie wiem dlaczego, nie do końca wiem po co… Pierwszy raz Artura spotkałam 5 lat temu. Też przyjechał sam, z nastawieniem typowo narciarskim. Nie interesowały go zabawy ani piwne biesiady, nie zwiedzał okolic. Podobnie jak ja, całe dnie spędzał na stoku. Pewnego dnia przysiadł się do mnie podczas kolacji. – Podziwiam panią – zagaił. – Chyba pierwszy raz widzę kobietę tak oddaną narciarstwu. I tak znakomicie jeżdżącą. – To stereotypy, że tylko mężczyźni potrafią szusować – odparłam. – Ja mam to we krwi. Ciągle mi mało. I już pierwszego dnia po przyjeździe się martwię, że będę musiała wyjechać. – To tak jak ja! – roześmiał się. – Ale pani tak sama? A mąż? Nie towarzyszy pani? – wskazał widelcem na moją obrączkę. – On nie lubi nart, chociaż we wszystkich pozostałych dziedzinach życia świetnie się dogadujemy. A pana żona? – Ona w ogóle nie lubi sportów – skrzywił się mężczyzna. – I, niestety, nie we wszystkim dobrze się dogadujemy. Po kolacji zamówiliśmy grzane piwo i rozmawialiśmy chyba z godzinę. Głównie o nartach, lecz także o naszych partnerach. Przeszliśmy na ty, ale, co ciekawe, niewiele mówiliśmy o sobie. Następnego dnia spotkałam go w kolejce do wyciągu. Przyjechał pierwszy, i gdy ja się pojawiłam, pomachał do mnie ręką, wołając: – No, wreszcie jesteś! Chodź, zająłem ci kolejkę, pospiesz się. Uśmiechnęłam się do Artura z wdzięcznością, bo dzięki niemu zaoszczędziłam co najmniej pół godziny! Na stok wjeżdżaliśmy razem i razem potem zjeżdżaliśmy. Na deskach trzymał się naprawdę świetnie. Zakręty brał pewnie, szybko i z fantazją. Ściganie się z nim było dla mnie autentycznym wyzwaniem i przyjemnością. – A może jutro pojedziemy na trudniejszą trasę? – odważyłam się zaproponować, gdy po raz kolejny spotkaliśmy się na dole. – Jestem zbyt rozsądna, żeby odważyć się jeździć samej, ale wiem, że dam radę. Z tobą będzie raźniej. – Pewnie, że dasz radę, Iwonko! – ucieszył się Artur. – To znakomity pomysł. Umówiliśmy się, że od razu z samego rana pojedziemy w drugim kierunku, na trasę, która jest dość poważnym wyzwaniem. Cieszyłam się, bo wreszcie bez obaw mogłam spróbować tam swoich sił. Co tu dużo mówić – samotne wyjazdy w góry nie zawsze są przyjemne, lepiej mieć przy sobie przyjazną duszę. Daliśmy się ponieść emocjom, magii chwili. Następnego dnia po nartach byliśmy padnięci. Dla takiego mieszczucha jak ja to jednak duży wysiłek, Artur też przyznał, że się zmęczył. Odpoczywaliśmy znowu przy grzańcu. Akurat to była sobota i w restauracji w schronisku zebrała się spora grupka ludzi. W pewnym momencie rozbawieni poprosili kelnera, żeby puścił głośniej muzykę. Wszyscy chcieli tańczyć, zrobił się straszny hałas. Zaczęliśmy się nawzajem przekrzykiwać i wreszcie Artur zaproponował: – Wiesz co, chodźmy do pokoju. Weźmy sobie po grzańcu i posiedźmy w ciszy… Ja mam pokój z balkonem, możemy wziąć kurtki i popatrzeć na gwiazdy. Nie ma chmur, widok może być piękny. Był… W ogóle było pięknie. Dobrze się czułam przy Arturze. Mogłam milczeć i to mnie nie krępowało; mogłam mu wszystko powiedzieć i w ogóle nie miałam oporów, że zwierzam się obcemu facetowi. Najwyraźniej Artur czuł to samo, bo w pewnym momencie powiedział: – Dobrze się z tobą czuję, Iwonko. Moja żona zawsze coś mówi, mówi i właściwie w ogóle nie dba o to, czy jej słucham, i czy interesuje mnie to, o czym nawija. A z tobą się fajnie milczy. Właściwie nie pamiętam, jak to się stało. Może wypiłam za dużo grzańca? Może to zasługa gwiazd migoczących na zimowym niebie… Tamtej nocy nie przespaliśmy ani minuty. Kochaliśmy się, jakby świat miał się skończyć. A co ciekawe, rano wcale nie czułam się z tym źle. To znaczy, choć miałam ogromne wyrzuty sumienia wobec Jurka, to nie wstydziłam się Artura. – Nie wiem, dlaczego to zrobiłam – powiedziałam mu otwarcie przy śniadaniu. – Było mi z tobą świetnie, ale wcale tego nie chcę. Kocham męża i nie mam zamiaru go krzywdzić. A przygodne romanse nie są w moim stylu. – Ja też dziwnie się z tym czuję – odparł. – Patrycję, chociaż często się kłócimy, bardzo szanuję, nie chcę jej zdradzać. – To nie wracajmy do tego, Okej? – zaproponowałam. – Ani w rozmowie, ani… No wiesz. Raz się zdarzyło, wystarczy. Artur zgodził się ze mną i wybraliśmy się na stok. Właściwie to było dziwne. Ja naprawdę nigdy w życiu nie zdradziłam Jurka; a tak w ogóle mąż był moim drugim mężczyzną. Nie jestem typem flirciary, więc powinnam się strasznie wstydzić i unikać Artura. A jednak fakt, że się z nim przespałam, w ogóle nie wpłynął na nasze wzajemne relacje. Poza tym – co chyba jeszcze dziwniejsze – do końca pobytu już nigdy tego nie zrobiliśmy, mimo że prawie każdą chwilę spędzaliśmy razem. Gdy miałam wyjeżdżać, nie wymieniliśmy się ani numerami telefonów, ani adresami. Przecież nie mieliśmy zamiaru kontynuować naszej znajomości. Miło spędziliśmy razem czas – i tyle. Czy miałam wyrzuty sumienia, gdy w domu Jurek mnie przytulił, mówiąc, jak się stęsknił? Miałam, i to ogromne! A jednocześnie czułam, że kocham swojego męża jak nigdy, że nie wyobrażam sobie życia bez niego. Jakby ta zdrada scementowała nasz związek. Gdy rok później znowu wybierałam się na narty, namawiałam Jurka, żeby mi towarzyszył. Oczywiście nie chciał, więc pojechałam sama. Do tego samego schroniska co zawsze, bo wszystko już tam znałam, sprawdziłam, no i miałam zniżkę jako stała klientka. Zastanawiałam się, czy Artur też będzie, choć bez emocji. Był. I znowu razem jeździliśmy. I znowu się kochaliśmy… Raz. I znowu rozstaliśmy się bez sentymentów i bez umawiania się na żadną korespondencję. I co teraz? Czy umiem aż tak kłamać? Ten nasz związek, którego nie ma, trwa od pięciu lat. Spotykamy się każdej zimy, chociaż nie ustalamy, kto kiedy przyjedzie. Ja staram się wybierać taki termin, kiedy nie wypadają żadne ferie, żeby nie było tłoku. Może Artur też się kieruje takim kluczem? W każdym razie, gdy przyjeżdżam do schroniska, to on albo już tam jest, albo zjawia się dzień, dwa dni później. Przeznaczenie? Nie wiem. Jednak teraz Jurek zapowiedział, że za rok może wybierze się ze mną. Co mam zrobić? Jestem pewna, że jeśli przyjadę z nim, to Artur zachowa się jak trzeba, nie wyda nas. Tylko czy ja potrafię powstrzymać strach? Czy będę umiała ukryć przed Jurkiem, że to jest facet, z którym go zdradziłam? Czy umiem tak kłamać? Siedzę już w pociągu, zostawiłam za sobą peron i męża. Zastanawiam się. Chyba porozmawiam z Arturem, powiem mu, że już tak nie chcę. Albo po prostu w przyszłym roku pojadę do innego schroniska. A jeśli Arturowi wpadnie do głowy taki sam pomysł? Przecież wcale nie musimy się umawiać, żeby się spotkać, więc takie ryzyko istnieje! Los nam sprzyja… Więcej prawdziwych historii:„Wzięłam rozwód w wieku 20 lat. Po 10 latach kobieta, która ukradła mi męża, poprosiła mnie, bym się nim zaopiekowała”„Mój mąż latami ukrywał swój majątek. Gdy prawda wyszła na jaw, powiedział mi, że to i tak tylko jego własność”„Jestem nieuleczalnie chora i nie wiem, ile mi zostało. Wolę, by mój mąż ode mnie odszedł, bo nie chcę zmarnować mu życia”„Mój mąż zabiera mi całą pensję i wydziela 100 zł na miesiąc. Nie mam nawet za co kupić kurtki na zimę” 8IqIDV. 101 357 16 275 490 248 436 76 329

podwójne życie mąż i kochanek